Wiedzą dzieli się Colliers International

Dlaczego ulice przegrywają batalię o handel.

Polacy na przekór przeciwnikom komercji w przestrzeni publicznej pokochali centra handlowe

Wiele w ostatnim czasie miejsca na łamach prasy branżowej poświęca się tematyce ulic polskich miast w kontekście utraty ich potencjału handlowego. Większość badaczy i analityków skupia się na dociekaniu przyczyn przedmiotowego zjawiska, doszukując się upadku tego segmentu rynku nieruchomości w następstwie braku harmonizacji jednostkowych i chaotycznych działań poszczególnych magistratów, zarówno w zakresie procesu gospodarowania mieniem komunalnym, jak i co do czytelnej wizji rozwoju obszarów śródmiejskich.

Rynek centrów handlowych będzie się coraz bardziej dystansował od rynku lokali ulicznychWłaściciele i zarządcy powierzchni sklepowych usytuowanych przy głównych ulicach handlowych a także przedsiębiorcy prowadzący w nich działalność gospodarczą od wielu lat lamentują na temat nierównej rywalizacji z podmiotami, które posiadają wielkopowierzchniowe galerie w najlepszych lokalizacjach miast. Temat szybko podchwycili samorządowcy, którzy niczym randowscy „budowniczowie pomników” starają się zmieniać zastaną rzeczywistość, wprowadzając kapitałochłonne programy rewitalizacji historycznych dzielnic, całkowicie z pominięciem woli mieszkańców i wbrew zasadzie „suwerenności konsumentów”, zgodnie z którą rynek jest codziennym plebiscytem, w ramach którego decyzje społeczeństwa wskazują te produkty i usługi, na jakie należy przeznaczać  zasoby.

Gusta konsumentów są na ogół bardzo subiektywne i czasami  trudno je zrozumieć – zwłaszcza technokratom takim jak miejscy planiści, urbaniści i architekci – a mimo to powinny one być traktowane jako główne kryterium w zakresie bieżącego testowania preferencji mieszkańców odnośnie wyboru najdogodniejszej – dla realizacji ich indywidualnych potrzeb – formy dokonywania zakupów.

Tymczasem Polacy jakby na przekór kolektywistom i przeciwnikom komercji w przestrzeni publicznej pokochali centra handlowe z ich różnorodną ofertą asortymentowo-usługową, nowymi technologiami i formami obsługi, profesjonalnym podejściem do procesu sprzedaży. Niezależnie od wielkości ośrodka miejskiego, obiekty wielkopowierzchniowe stały się nie tylko „świątyniami zakupów” ale także – a może i przede wszystkim –  miejscem spotkań i spędzania wolnego czasu.

Zmiany społeczno-kulturowe powstałe w następstwie globalizacji są już nieodwracalne. Deweloperzy  dostosowali w sytuacji niepewności i braku podaży nowoczesnej powierzchni handlowej środki realizacji obranych przez siebie celów do zmieniających się warunków działania.

Ci najbardziej czujni – zgodnie z nomenklaturą Israela Kirznera – dostrzegli w budowie galerii handlowych szansę na osiągnięcie przedsiębiorczego zysku, doprowadzając jednocześnie proces rynkowy do równowagi, z korzyścią przede wszystkim dla konsumentów a więc każdego z nas.

Należy domniemywać, że w kolejnych latach rynek centrów handlowych będzie się coraz bardziej dystansował od rynku lokali ulicznych, czyniąc ten drugi wyłącznie placem gier strategicznych dla miejskich włodarzy i działaczy społecznych. Pogłębiająca się degradacja znacznej  części – ledwo bo ledwo –  żywej tkanki miejskiej, będzie wzbudzać w wielu z nas uczucia pesymistyczne, emocjonalne i dekadenckie. Obawiam się, że nie na długo…

Ulice handlowe przegrywają swoją batalię o handel na skutek zalewu interwencjonizmu. Żadne plany przywrócenia ich świetności bez odniesienia się do obiektywnych faktów, nie odwrócą już niekorzystnych tendencji. Tadeusz Kotarbiński powiedział kiedyś:

„Nie dlatego najsmutniejszy jest zgon, że wraz z nim wszystko się kończy, lecz dlatego, że po nim nic się nie zaczyna”.